środa, 25 maja 2016

Ale ChAD*, czyli mój "coming out"


Szczęście jest zbyt nieprecyzyjnym pojęciem, zbyt kruchą i niepewną ideą, by na niej budować swoje życie. Szczęście to skutek uboczny drogi, którą wybrałam, nie cel.
Celem jest wolność. Wolność od tyranii emocji. Wolność od tego przejmującego smutku, który dopada mnie znienacka i odbiera życiu sens. Od gniewu, który mną miota. Wstydu, który dobija. Zazdrości, która zżera. Pychy, która niszczy. Próżności, która ośmiesza. Euforii z bipolarnego kontinuum, która wyczerpuje. Wolność od cudzych oczekiwań, które przybierają maskę moich pragnień.

Gdy żyje się z chorobą afektywną dwubiegunową nie jest wesoło, chociaż czasem może aż za bardzo… śmiesznie.
Ale można, da się. Jestem żywym przykładem.

I gdy jest już tak strasznie źle, i tak bardzo nic mi się nie chce i nie chce mi się żyć, wracam do... chwili obecnej. Do tej kryjówki, tu i teraz, która pozwala przetrwać ten najgorszy czas.
Tą „kryjówką” jest obecność, uważność, świadomość.
Jak mówi Julia Cameron, tu i teraz, dokładnie w tej chwili, każdy z nas ma się zawsze dobrze. Jest dobrze, a przynajmniej znośnie. Da się przeżyć.
I w najmniej oczekiwanym momencie, przychodzi nagroda za uważność, czyli zdrowienie. Nagroda, którą jest drgnienie serca, poruszenie w duszy, zwane zachwytem.
Dlatego tak uważnie obserwuję świat.
Tam zdarza się cud za cudem.
A ja się zachwycam i żyję. I nie umieram. Jeszcze nie teraz. Bo tak zdecydowałam. Bo jestem wolna.
Cdn.


*ChAD czyli Choroba Afektywna Dwubiegunowa, dawniej nazywana psychozą maniakalno-depresyjną lub cyklofrenią

czwartek, 19 maja 2016

Po-urodzinowa refleksja

Wiosna w Ojcowskim Parku Narodowym


Gdy prawie trzy miesiące temu przyjechaliśmy do Polski, zastała nas szara zima. Postraszyła śniegiem, który ucieszył Antka i pozwoliła wiośnie zawitać nieśmiało. Drzewa skorzystały z okazji i rozkwitły z dziką namiętnością. Pszczoły zapylały tysiące białych i różowych kwiatów z niewzruszoną zawziętością.

I wiem dokładnie, której nocy zawiązały się pierwsze owoce. Następnego ranka patrzyłam jak wiatr unosił ze sobą delikatne płatki, które wyglądały jak śnieżyca.

Dzisiaj, za oknem, stoi już gęsta ściana zieleni. Widziałam jak wybucha, bo uważnie przyglądałam się przez cały ten czas światu, który mnie otacza.

Zauważam wszystkie zmiany za oknem, dostrzegam wszystkie odcienie zieleni; krzyki, śpiewy i pohukiwania ptaków; rodzaje światła o każdej porze dnia, który wydłuża się systematycznie. Jestem taka uważna...

Więc jak to się stało, że nie zauważyłam, jak czterdzieści lat minęło?

poniedziałek, 22 lutego 2016

Kocham Cię, Brazylio


Jadąc do Brazylii miałam pewien plan. Wszystko zostało zorganizowane, a proces wizowy* rozpoczęty.

Jednak konfrontacja z rzeczywistością, już na miejscu, szybko go zweryfikowała.

Okazało się bowiem, że moje rozumienie pewnych słów odbiega od rozumienia Brazylijczyków. I to co mi obiecano, w moim rozumieniu, nie jest tym, co faktycznie otrzymuję.

W rezultacie, bez żalu, zrezygnowałam z niego i postanowiłam radzić sobie inaczej.

Rezygnacja z łatwej wizy, która blokowałaby mnie na następne dwa lata w moich projektach, wbrew pozorom nie była łatwą decyzją.

Realizowany w pośpiechu projekt "Bed&Breakfast", który początkowo był docelowym, a nie początkowym pomysłem na Brazylię, nie dał mi szansy na szybką wizę.

I z pewnością mogłabym jeszcze próbować walczyć z brazylijską administracją, z przepisami, z biurokracją i papierologią, ale jest jedno ale.

Bez wizy nie ma szkoły dla Antka.

Początkowo szkoła przymykała oczy na brak wizy, bo gdy w grę wchodzi wysokie czesne jakoś można obejść przepisy. Niestety do czasu. Obiecałam szkole dostarczyć ją na nowy rok szkolny, po letnich wakacjach, czyli w lutym właśnie. Jednak wciąż jej nie mam, a widoki na nią są bardzo odległe.

A Antek do szkoły iść powinien, ale co najważniejsze, chce i to bardzo.

Podjęłam więc decyzję, że zanim zdecyduję co dalej (bo jakieś dalej z pewnością będzie), wyjadę z nim do Polski. I póki co, nauczy się porządnie po polsku mówić, czytać i pisać.

A ja, no cóż, póki co, będę szczęśliwa w moim rodzinnym kraju, szykując jakieś dalej.

Dlaczego dalej?

Już wyjaśniam.

Miałam pięć, może sześć lat, gdy stanęłam w oknie. Był zimny wiosenny wieczór. Padał deszcz. Spojrzałam z wysokości czwartego piętra na plac targowy oświetlony mglistym pomarańczowo-żółtym światłem latarni miejskich. Na plac zjeżdżały samochody i ciężarówki przewożące Wesołe Miasteczko.

Zrobiło mi się smutno, bo wiedziałam, że, gdy, za trzy miesiące, oni wyjadą, ja wciąż będę stać w tym samym miejscu, w tym samym oknie.

Wtedy po raz pierwszy, w pełni świadomie, poczułam tą wewnętrzną potrzebę. Tą wewnętrzną siłę. I zupełnie nie wiedziałam czym ona jest. Wiedziałam tylko, że muszę wyjechać.

35 lat później, wciąż nie wiem czym jest ta siła, która pcha mnie naprzód i wiedzie w coraz to nowe miejsca. Nie wiem jaki jest mój cel. Nie wiem dokąd zmierzam. Wiem tylko, że nie mogę się jej przeciwstawić. Muszę uszanować swoją najgłębszą naturę. Słuchać siebie i swojej intuicji. A moja intuicja mówi mi, bym nie zapuszczała korzeni.

I to jest drugi, obok "Antkowego ale", powód, by o wizę w Brazylii się nie starać.

Bo Brazylia, jak bardzo bym jej nie pokochała, nie jest tym miejscem, w którym chcę zostać, w którym chcę żyć, w którym chcę zapuścić korzenie (bo takie miejsce chyba po prostu nie istnieje).

Wiem, że jeśli dostałabym wizę, to bym tu została, a przecież, w głebi serca, tego nie chcę. Więc nie będę sabotować samej siebie i podziękuję raczej brazylijskiej biurokracji, z jaką bezskutecznie przyszło mi się zmierzyć, że mogę spokojnie stąd wyjechać. Bez żalu. Bez wątpliwości. Że może jednak trzeba było tu zostać. Chociaż jeszcze chwilę. Że może warto było spróbować.

Ja już nie chcę.

I nie wiem co dalej. Nie mam pojęcia. Jednak zaufam swojemu wewnętrznemu głosowi, który ostatnio z niepozornego, dyskretnego szeptu drze się teraz całą mordą: jedź do Polski.

Po co?, ja się pytam.

Głucha cisza. Nikt nie odpowiada.

I doprawdy sama nie wiem dlaczego.

Ale wiem, że muszę to zrobić.



Kocham Cię, Brazylio. Kocham Cię, Rio.

Żegnaj Brazylio. Żegnaj Rio.



*chodzi tu o wizę pracowniczą, nie turystyczą

sobota, 13 lutego 2016

Historia pewnej porażki

Fot. Andrzej Jezierski

Zawsze powtarzałam, że ja w żaden wyścig szczurów nie dam się wciągnąć. Systematycznie odrzucałam propozycje, omijałam okazje, uciekałam przed możliwościami. Udawało mi się. Zawsze. Byłam sobie wierna. Nie robiłam tego, czego oczekiwali ode mnie inni, że zrobię. Nie robiłam... kariery.

Wiele osób nie rozumiało i dalej nie rozumie mojego wyboru. Nie raz usłyszałam, że moje życie to porażka. I pewnie nie raz jeszcze to usłyszę.

To słowo czasem mnie raniło. I nie rozumiałam dlaczego. Przecież czułam się spełniona, a ludzie wmawiali mi, że tak nie jest. Czułam więc frustrację. Czasem zastanawiałam się, czy przypadkiem nie mają racji. Chwilami nawet w to wierzyłam. Że to poczucie szczęścia, które mnie przepełnia, radość życia i spełnienie nie mogą być prawdziwe. Bo przecież nic nie osiągnęłam. Ja po prostu jestem. Żyję. Płynę. Życie mnie unosi. I tak jest mi dobrze. A oni mówią, że mi się tylko tak wydaje. Że powinnam to, że powinnam tamto. Że szczęście można osiągnąć tylko w taki czy siaki sposób. Że oni to wiedzą. Lepiej ode mnie. Co jest dla mnie dobre. Co przyniesie mi prawdziwe szczęście. Że muszę zrobić karierę. Że muszę być kimś. Że muszę coś mieć. Czegoś się dorobić. I dopiero wtedy będę szczęśliwa. A jeśli nie szczęśliwa, to przynajmniej bezpieczna. Zabezpieczona...

Pełna schizofrenia.

I gdy niedawno ponownie usłyszałam to słowo, porażka, nagle zrozumiałam.

Tak, w ich oczach, moje życie to porażka. I nie ma sensu temu zaprzeczać.

My po prostu wyznajemy zupełnie inne wartości, mamy inne priorytety i cele, to wszystko. Jesteśmy inni. I wcale nie musimy myśleć tak samo, ani nawet podobnie. Nawet w sprawie mojego życia.

Jak można przeczytać w Słowniku Języka Polskiego PWN "porażka 1. przegrana walka lub rywalizacja; 2. poważne niepowodzenie".

Nigdy żadnej walki nie podejmowałam i z nikim nie rywalizowałam. 

A czy poczucie spełnienia, szczęścia i radości życia można nazwać poważnym niepowodzeniem?

Szczerze wątpię.

Ale to tylko mój punkt widzenia. I tak się składa, że w tej kwestii tylko on się dla mnie liczy.

Ale mam to szczęście, że prócz małej garstki prawdziwych przyjaciół, jakimi życie mnie obdarowało, są w moim życiu te dwie najważniejsze osoby, które zawsze mnie wspierały. Zawsze dodawały mi skrzydeł. Zawsze we mnie wierzyły. I ufały mi, wiedząc, że tylko ja sama wiem, co jest dla mnie dobre i właściwe.

I wiem, że przepełnia ich duma, że mają córkę, która po prostu jest... szczęśliwa.

Moi Rodzice nauczyli mnie tego, co w życiu najważniejsze. Bezinteresowna i bezwarunkowa miłość. Życie w zgodzie ze sobą. I odpowiedzialność, za własne życie i szczęście.

I to jest najlepsza edukacja jaką można w życiu dostać. Jestem szczęściarą. Podaj dalej. Berek. Antek.

czwartek, 11 lutego 2016

Karnawał w Rio 2016


Oglądamy karnawał. Antek mimowolnie rusza pupą w rytm samby. Bo nie da się nie ruszać. Ale gdy na niego spoglądam rzuca mi tylko: Ja wcale nie tańczę! Ja nie lubię tańczyć! - i śmieje się przekornie podrygując jak szalony. Mamo, zobacz, ona jest cała w złocie! Czy to prawdziwe złoto? I te pióra też są ze złota?... Ależ ona jest piękna... Dziewczyna jest prawie naga, a Antek ma uśmiech od ucha do ucha. Zauroczony. Zaczarowany tą uliczną magią.

W piątek król Momo otrzymał klucze do miasta i się zaczęło. Prawdziwe szaleństwo. Które tak naprawdę trwa już od końca stycznia. Ulice są zablokowane, tysiące półnagich ludzi szaleje przy czterdziestostopniowym upale. Zimne piwo leje się strumieniami. Samba. To tylko pretekst. Rio się bawi. Trudno nie dać się ponieść tej fali radości.

Jak słusznie zauważyła moja przyjaciółka, mężczyźni uwielbiają przebierać się za kobiety. Goły umięśniony (albo i nie) tors i tiulowa mini spódniczka, to obowiązkowy zestaw dla panów. A kobiety najczęściej kręcą pupami zakrywając strategiczne miejsca skąpym bikini. To rozsądne wyjście przy takim upale. I gdy patrzy się na ciężkie kostiumy defilujących członków szkół samby, nic tylko od patrzenia robi się gorąco. Od widoku tych ciężkich kostiumów właśnie i seksownych kształtów półnagich Królowych Orkiestry (Rainha de Bateria).

Przedzieramy się z Antkiem przez rozgrzany tłum. Ktoś kładzie mi rękę na ramieniu. Odwracam się. Młody opalony półnagi mężczyzna szczerzy swoje białe zęby i pyta czy jestem sama. - Nie, z nim. Odpowiadam wskazując na Antka, który podryguje między moimi nogami. Chłopak wybucha szczerym śmiechem i puszcza mnie zawiedziony. Zabawa trwa od wielu godzin, od wielu dni, ale nikt nie odpuszcza. W końcu karnawał w Rio to chroniona przez UNICEF niematerialna spuścizna kulturowa ludzkości. Trzeba w tym brać udział. Inaczej nie jesteś prawdziwym mieszkańcem Rio (Carioca).

Tłum wydaje się nam nieprzebrany. I taki jest. Ale nawet ja, najbardziej nietowarzyska ze wszystkich nietowarzyskich osób na tej planecie, daję się ponieść zabawie. Radość jest zaraźliwa. Życie zatrzymało się na chwilę. Świat jest piękny. Doskonały. Przyjazny. Najlepszy z możliwych. Problemy nie istnieją. Dziewczyny nie strzelają focha. Chłopcy są wyrozumiali. Jak miło tańczyć taniec do którego kroki są zapisane w duszy i sercu każdego człowieka. Nie trzeba się ich uczyć, by płynąć wraz z tłumem w objęciach rozpalonego do czerwoności Cudownego Miasta. Nie wiedziałam, że umiem tańczyć sambę. A umiem. Pełna pasji, którą właśnie w sobie odkryłam. Pasji do życia. Żałuję tylko, że "Grupa Rio" nie jest w komplecie. Brakuje mi ich tutaj. Bo szczęście smakuje lepiej, gdy dzieli się je z innymi. Więc z braku bliskich uśmiecham się do wszystkich w około i odwzajemniam wszystkie uśmiechy, które bombardują mnie po prostu ze wszystkich stron.

I gdy wczoraj ogłaszano wyniki na Sambodromie, w całym mieście, na włączonych ekranach można było na żywo oglądać emocje członków 12 szkół samby, które brały udział w tej dwudniowej pierwszoligowej rywalizacji, z napięciem wysłuchujących wielogodzinnego odczytywania wyników 40 członków jury. (Dwa pierwsze dni zarezerwowane są dla drugiej ligi, a ostatni, piąty, dla dzieci.) Podekscytowana patrzyłam na ekran. Emocje, rzucanie się na ziemię, krzyki, wrzaski, i jakieś nieprawdopodobne rytuały odczyniane przed leżącym na ziemi kapeluszem. Makumba? Bo kto normalny gada do czerwonej panamy? Kto wygra? Salgueiro? Tijuca? Portela? Rywalizacja była wyjątkowo wyrównana. I sama nie wierzę, gdy zwycięzcą okazuje się "moja" Mangueira! Mangueira Campeã!

Defilada zwycięzców odbędzie się w sobotę, a póki co życie w Rio wróciło do normalmości. Zmęczeni mieszkańcy wrócili do pracy. A słońce zaszło za chmury. Zmęczone, jak mieszkańcy. Musi sobie odpocząć. Do soboty.